portfolio..

Rain Desire

Imbryczka

Liledin I Wiatr I II III IV .

Saoirse I II III IV V VI VII VIII IX X XI XII XIII XIV XV XVI XVII XVIII XIX XX XXI XXII XXIII XXIV XXV XXVI XXVII XXVIII XXIX XXX XXXI XXXII XXXIII XXXIV XXXV .

agedlies
2009
luty
2008
listopad
wrzesień
czerwiec
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
sierpień
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec

old wears

first . second . third . fourth . fifth . sixth . seventh . eighth . ninth . tenth ..


cite a puff


'bout

słowo wierszowane
forum zespołu tańca irlandzkiego Eibleann Eibleann: Irish Dance-Drama Group Opole

friends

PDB Queen
Nabijacz
Alex-chan
San-san
Tri-chan





Fioletowy mahoń i inne takie.

Aj, wszystko, co chciałam napisać w tej notce, już się zdeaktualizowało, głównie z racji kilku miesięcy opóźnienia w pisaniu. Gomen. Ominiemy więc dzisiejsze opisy życia codziennego i przejdziemy wprost do literackiej rzeczy (gwoli wyjaśnienia tematu dodam tylko, że mahoniowo-fioletowy, szerzej znany pod nazwą 45/64, to kolor farby do włosów. W sensie, że mojej. Teraz może już nie, ale w grudniu... Taak, było fajnie).
Jako, że trzecia tendencyjna meteorologicznie krótka forma, którą zamierzałam dorzucić tu do kompletu, idzie mi jak krew z nosa... W chwili obecnej nie jestem bowiem w stanie nawet wymyślić jej tytułu, co dopiero w całości przepisać... Postanowiłam uraczyć Państwa dość emowatą historyjką o chudej jak szczapa Liledin i jej alegorycznym facecie o kretyńskim imieniu Tilly. Zgodnie z chronologią czasu tworzenia, jest to sequel do Saoirse, jednak zgodnie z chronologią wydarzeń w opowieści, Liledin dzieje się PRZED Saoirse (sama Saoirse jest wciąż żywa, tak jak i Sailne). Dlatego, chociaż publikowana po poprzednim opowiadaniu, akcja obejmuje jakieś dwa miesiące przed wydarzeniami z Saoirse. I jest od niej krótsza. Warto to wiedzieć. Tak.
-----

L I L E D I N
r o z d z i a ł p i e r w s z y


I was tall and I was slim
and my last name was Liledin.
Now I’ve got no name at all
they’re both taken away by a brown-hair boy.

Roo rum rar, faddle liddle lay
Whack faddle liddle to me ee rum rar

Was it guilt of your heart’s cold,
or all of this was just my fault?
I’d rather myself as I used to be,
than this Liledin who killed Phoebe.




 

Życie jak piękny sen. Piękna kobieta w szklanym świecie, otoczona równie pięknymi przyjaciółkami.
- Nie rób tego, dobrze ci radzę – powiedziała ta najpiękniejsza z nich, w czerwonej sukience.
- Nie słuchaj jej – rzuciła druga piękność, w błękitnej sukni. – Rób to, co ty uważasz za słuszne.
Szklana kobieta siedziała wśród nich i słuchała.
- Chyba wiem – mruknęła ta, której dotyczyły te rady, odważna i piękna tą młodością, która każdą szmatę na grzbiecie zmienia w królewski strój. – Powiem im, że mam te informacje, a jeśli nie zostawią mnie w spokoju, sprzedam wszystko konkurencji.
Błękitna dama tryumfowała.
- Słuszny wybór, Minh.
Kobieta w czerwieni na znak swojej przegranej wypiła łyk kawy. Sprawa została rozwiązana. Piękny sąd przez chwilę milczał, szukając kolejnego zdarzenia do ocenienia i wyroku do wydania.
Czerwona uniosła głowę znad kawy i spojrzała ostro na szklaną, milczącą dotąd kobietę.
- A co u ciebie, Phoebe? – spytała pięknym, czystym głosem.
- Nic – odpowiedziała Phoebe.
- Nie wmawiaj sobie, że twoje życie jest nieważne – podjęła błękitna dama. – Nie chowaj się ze swoimi problemami.
- Właśnie – włączyła się najmłodsza z nich, Minh. – Otwórz się na ludzi.
- Jestem otwarta na ludzi – powiedziała powoli Phoebe, patrząc na piękne twarze przyjaciółek.
- Odbijacz piłkę – oskarżyła ją Minh. – Tylko, że tak nie przejdziesz przez życie.
- Cały świat nie zmieni się dla ciebie, żeby cię zrozumieć, Feeb – stwierdziła kobieta w czerwonej sukience. – To ty będziesz musiała się dostosować, wierz mi.
- Nie chcę się zmieniać – broniła się Feeb.
- I to jest twój problem – osądziła błękitna dama.
- Kształt nadają ci ludzie, z którymi przebywasz, Feel. Naprawdę. Nie uciekniesz od ludzi.
Szklana kobieta, teraz imieniem Feel, bała się tych żywiołów, napierających na nią ze wszystkich stron. Ogień, woda i wiatr. A ona była ziemią, którą wszyscy deptali.
- Przecież... – zaczęła. Nie wiedziała wlaściwie, co chce powiedzieć. Chciała uciec. – Sama nie wiem.
Oskarżyciel, obrońca i sędzia uśmiechały się w duchu, patrząc na wspólną ofiarę. Za chwilę wydadzą na nią wyrok i znajdą kolejną rozprawę.
- Nie zmieniaj siebie, jeśli nie chcesz – powiedziała ta najpiękniejsza z nich, w czerwonej sukience.
- Nie słuchaj jej – rzuciła piękność w błękitach. – Zrób to, co ty uważasz za słuszne, Lil.
- Trzy recepty na szczęście – szepnęła Lil bardzo cicho. Wstała.
- Uciekasz, Lily. A nie uciekniesz od swojego życia – ostrzegła ją Minh.
- Musisz się zdecydować, Lily-donn – powiedziała czerwona kobieta, ale Lily-donn było już wszystko jedno. Wyszła ze szklanej kawiarni.

Na dworze brudne kałuże zamarzały na chodnikach. Dziewczyna otuliła się swoim pięknym płaszczem i pobiegła na przystanek, by wsiąść do nadjeżdżającego autobusu.
W jego dusznym wnętrzu jej delikatna blada twarz wręcz promieniała. Okalające ją długie włosy i wiszące kolczyki podkreślały wysmukłe piękno, wystudiowane i świadomie pielęgnowane... Jednak w zatłoczonym autobusie pasażerowie zajęci byli własnymi myślami, nikt nie zauważał dziewczyny. Czy niezauważone piękno ciągle może nazywać się pięknem? Czy istnieje jego obiektywny kanon?
Patrzyła w okno, grudniowy wiatr uderzał o plastikową szybę. Autobus jechał w dół ulicą i w lewo, do dzielnicy handlowej. Wysokie wieżowce ustąpiły miejsca sklepom, butikom i przenośnym straganom. Na przeszklonych wystawach lśniły piękne towary. Piękne kobiety kupowały je za piękne pieniądze.
Był jednak jeden element, który nie pasował do tej pięknej scenerii. Ktoś, kto wcale nie był piękny. Lily-donna na sekundę zauważyła skuloną postać, siedzącą na gołej ziemi: żebrak opierającego się o ścianę galerii handlowej. Miał opuszczoną głowę i nie poruszał się.
Nikt go nie zauważał. Nikt nie widział tej dziury w całym, tego okrutnie realnego człowieka, który wyrwał się z pięknego, głupiego świata wokół niego. Był poza schematem, więc schematyczni ludzie nie dostrzegali go. Był zbyt prawdziwy.
Lily-donna otarła ostatnie nieistniejące, suche łzy kołnierzem płaszcza. Myślała o sobie i o tym, czy ona też nie pasuje do tego schematu. Starała się, ale czuła, że jej piękno różniło się od piękna świata wokół niej. Czasami to bolało, a czasem nie. Nie czuła jednak, że ucieka  – wręcz przeciwnie. To jej cel wciąż się od niej oddalał.
Wysiadła z autobusu. Minęła kwiaciarnię, której piękna, kolorowa wystawa odcinała się od szarej i martwej ściany budynku. Stukając wysokimi obcasami pięknych, modnych butów weszła do swojej klatki schodowej i wsiadła do przeszklonej windy. Jadąc, obserwowała wieżowiec naprzeciwko; był starszy niż jej blok, miał ceglane, ciężkie mury. W oknach mieszkań widziała smutne, lecz wciąż piękne twarze innych ludzi.
Na ósmym piętrze wysiadła i długim korytarzem doszła do drzwi swojego mieszkania. Stukot jej obcasów odbijał się echem od wysokich, kremowych ścian, poprzedzielanych nowoczesnymi, ogromnymi oknami. W grudniu zmrok zapadał szybko i korytarz zasnuwały cienie.
Otworzyła drzwi mieszkania. Szczęk kluczy wydawał jej się zbyt głośny w tym miejscu, wyglądającym teraz jak sanktuarium pięknych wycieraczek i drewnianych drzwi.

W środku było zimno. Lily-donna odkręciła grzejnik i usiadła na podłodze, opierając się o zimne jeszcze, metalowe żebra. Podkurczyła nogi i nakryła głowę rękami, starając się usiąść tak, jak dziwny żebrak pod sklepem. Myślała o sobie i o swoim imieniu. O nadawanej sobie nim tożsamości.
Lily-donna. Lily-donn. Lile-don. Liledin. Imię piękne jak jej blada twarz, pełne lekkości. Taka powinna być.


2009-02-12, 11:11:12
skomentuj (2)




Mr. Raindrop, falling away from me now.

Nah, oto i jest. Rain Desire, krótka a zwięzła, przedramatyczniona dla nostalgicznego efektu opowieść. O deszczu, przemijaniu i o tym, co tracimy, nie ryzykując, niekoniecznie z własnej winy. Ale, niech Ro opowiada, jest w tym lepsza ode mnie. To w końcu jej historia.
-----

Gdy pada deszcz, dzieją się najgorsze rzeczy.
To pewnie tylko zbiegi okoliczności, to tylko niskie ciśnienie i niedobór światła słonecznego. Przygnębiające, szare niebo, wilgoć i zapach ozonu w powietrzu. Ten ruch kropel deszczu i bezruch ciała, kiedy niewidzącymi oczami próbuje się przeniknąć falującą rzeczywistość.
Dlaczego deszcz tak skłania do refleksji? Czy to jego spokojny szum, czy kałuże i błoto, ciemność i grzmoty, zimna, brudna woda spadająca z nieba? Pogoda, która może zniszczyć wszystko, każdy plan i każdą nadzieję. Dająca życie i odbierająca oddech.
Mokra, szorstka lina, w którą wbija się paznokcie w ostatnim odruchu ratowania życia. Zaciśnięte zęby i sznur wokół szyi, szum wody i ostateczny jęk rezygnacji ze wszystkiego.

W czasie deszczu dzieją się najlepsze rzeczy. Kiedy ktoś odległy, ktoś anonimowy ponosi zasłużoną karę, kiedy uczymy się bawić w bezruchu, kiedy szum wody i skrzypiące schody nie są strachem.
O tym wiedziała też Ro, nawet, jeśli nie umiała ubrać tej wiedzy we wzniosłe słowa. Czasem tylko, gdy patrzyła przez okno w deszcz, nachodził ją jakiś dziwny nastrój, jakaś niewypowiedziana potrzeba, której Ro nie rozumiała i nie umiała zaspokoić. To było tak, jakby deszcz wołał ją, jakby zapach ozonu i plusk błotnistych kałuży śpiewały dla niej i zapraszały do siebie.
- Jest zimno – szepnęła Ro, przyciskając czoło do szyby i wpatrując się w deszcz. – Nie mogę do ciebie iść. Jest za zimno i za mokro. – przypomniała sobie słowa, które słyszała już zbyt często w ciągu swojego życia. – Przeziębię się i umrę.
Jej oddech zamieniał się w parę na okiennej szybie. Ro chuchała i rysowała na szkle motyle i kwiaty, które po chwili znikały. Potem tańczyła w pustym pokoju, nucąc piosenkę deszczu.
Wokół Ro zawsze było dużo ludzi, ale dziewczynka nie rozpoznawała ich twarzy. Kiedy czyjąś zapamiętywała, okazywało się, że ten człowiek nigdy więcej się już nie pojawiał. Wciąż obce, rozbiegane postacie, każda z troskliwym uśmiechem na twarzy i ciepłym, cichym głosem:
- Nie wychodź na dwór, nie pij nic zimnego, nie biegaj... bo umrzesz. Zachorujesz i umrzesz.

Ro siedziała na parapecie, owinięta kocem tak, że ledwo mogła się ruszyć. Patrzyła przez okno, na błotnistą ścieżkę między drzewami, całą rozmazaną przez padający deszcz. Nie słyszała niczyich kroków ani głosów, tylko monotonny szum i bicie jej własnego serca. Żeby wciąż biło, żeby żyć, nie mogła robić nic poza siedzeniem i rozmawianiem z deszczem.
Zastanawiała się, dlaczego wszyscy ci niewyraźni ludzie tak się o nią martwili. Może po prostu umarli już dawno, a Ro była ostatnią żywą istotą w tym domu... tym świecie?
- Jeśli wyjdę na dwór, przemoknę – szepnęła, opierając się o szybę. Przez koc nie czuła zimna. – I umrę. Ty przyjdź do mnie.
Deszcz szumiał tak, jak przedtem, te same słowa docierały do uszu Ro.
- Nikt inny nie ma twarzy, prawda? – wyszeptała dziewczynka. – Pokażesz mi... jakąś...?
Podmuch wiatru wygiął drzewa i wprawił w drżenie okienną szybę. Ro otrząsnęła się z sennego odrętwienia i usiadła prosto.
- Nie widzę dokładnie – mruknęła, mrużąc oczy. Za oknem, wśród drzew, na wietrze kołysał się podłużny kształt. Próbując przeniknąć wzrokiem rozmazany widok, Ro wstała i przytrzymała się okiennej klamki.
- To... twoja twarz? – zapytała z ożywieniem, rozpoznając między gałęziami ludzką sylwetkę. – Ale... – zająknęła się, przyciskając twarz do szyby. – Ty... nie żyjesz...
Na gałęzi drzewa kołysało się bezwładne ciało wisielca.
- Nie chcę... – szepnęła Ro, zaciskając dłonie na klamce okna. – Jak można żyć, jeśli... jest się... już martwym?
Słowa były coraz cichsze, z coraz większym trudem przechodziły przez zaciśnięte gardło. Ro zagryzła wargi, żeby nie drżały, i zrzuciła koc z ramion. Zaparła się i przekręciła klamkę okna. Szarpnęła, stara rama ze skrzypieniem uchyliła się na kilka cali.
- Pójdę do ciebie – Ro powiedziała tak cicho, że jej głos utonął w szumie deszczu, teraz głośniejszym przez uchylone okno. – Bo ty... wciąż mnie wołasz. A skoro nie żyjesz i wołasz... To nawet, jeśli umrę, będę mówić i... Jaka to różnica, jeśli... – znów szarpnęła za klamkę, okno otworzyło się trochę bardziej. Ro przecisnęła się przez szparę i zeskoczyła z parapetu po drugiej stronie. Wylądowała w głębokiej do kostek kałuży zimnej wody. Wzdrygnęła się i zrobiła kilka kroków w stronę drzew. Deszcz przyklejał jej włosy do czoła i przenikał materiał sukienki, czyniąc ją ciężką i niewygodną.
„Zaraz zachoruję i umrę”, pomyślała Ro, brnąc przez kałuże. Wkrótce wbiegła w szpaler drzew. Szerokie liście chroniły ją przed deszczem i wiatrem, ale Ro już wcześniej całkiem przemokła i przemarzła. Starając się nie myśleć o szczękających z zimna zębach, dziewczynka przebiegła wzrokiem po smukłych pniach i podbiegła do tego, na którym wisiał człowiek.
Z bliska widziała go bardzo dokładnie. Był przemoczony jak ona, ubrania ściśle przylegały do jego ciała. Jego szeroko otwarte oczy wpatrywały się w niebo, a dziwnie rozcapierzone dłonie zaciśnięte na sinej szyi przypominały sękate gałęzie drzewa, na którym wisiał.
- Umarłeś, prawda? – spytała Ro, ale nie oczekiwała odpowiedzi. Odwróciła się plecami od nagle strasznego widoku zwłok i objęła się ramionami.
- Czy ja też już... umarłam?

W deszczu dzieją się najlepsze i najgorsze rzeczy. Można umrzeć i stać się duchem bez twarzy, albo śpiewać i tańczyć w szumie kropel samotności.


2008-11-03, 21:20:43
skomentuj (1)




Jednak już sama etymologia tego pojęcia pokazuje nam jego zgoła odmienny aspekt.

Jak wyżej, mili państwo. Klasa humanistyczna sprowadza się do ataków epilepsji przed lekcjami biologii. Ale nie dramatyzujmy - powyższy cytat pochodzi z wypracowania z przedsiębiorczości.
Co chcę przez to powiedzieć? Ośmielę się użyć jednego, powszechnie zrozumiałego kolokwializmu: rzeźnia.

Innymi słowy, Janet nie ma obecnie zbyt wiele wolnego czasu na pracę literacką o charakterze nie-szkolnym. Po prostu... będziecie musieli poczekać.


2008-09-30, 16:30:24
skomentuj (2)




Byłam na Pierniconie. Fajna sprawa.

Pierwszy września, a ja w nastroju do haiku. Jakoś to wszystko dziwnie się układa, chociaż po pierwszym dniu trudno jest cokolwiek oceniać. Nie chcę nic więcej mówić, żeby nie zdradzić. Nie zapeszyć.
Prezentuję Imbryczkę. To odrębny eksperyment z krótką formą, który wyciągnął mnie z okropnego nastroju. Przez chwilę myślałam o kontynuacji, ale czytając ten tekst po kilku miesiącach stwierdzam, że najlepiej jest tak, jak jest. Z wszystkimi niedopowiedzeniami i ulotnością, z nastrojem kruchym jak porcelana. Bohaterowie nakreśleni są naprędce, ale bazowani są na prawdziwych osobach, więc mam nadzieję, że zobaczycie w nich racjonalność, a nie abstrakcję.
W tym opowiadaniu forma jest niemal tak samo ważna, jak treść. Na pierwszy rzut oka prosta metafora może kryć głębie psychologii glazury. Wam pozostawiam ocenę.
----- 


Nie wiedziała, co z sobą zrobić. Stała tylko i patrzyła przed siebie szklanym wzrokiem, bezmyślnie, a czas mijał, odmierzany irytująco głośnym tykaniem zegara.
Nie miała siły się poruszyć. Czuła w sobie tylko pustkę i bezsens. Czuła, że w każdej chwili może rozlecieć się na kawałki, że najlżejszy podmuch wiatru może ją przewrócić i zabić.

Nie było w tym nic dziwnego, bo była imbrykiem do herbaty. Ale żeby szklany dzbanek tracił motywację – to było niecodzienne. Imbryczka wzdychała melancholijnie, a blask jej glazury słabł coraz bardziej. Kurz przyglądał jej się z troską, ale niewiele mógł zrobić, poza osiadaniem na jej pokrywce.

Imbryczka skoncentrowała się i, szurając i pobrzękując, przesunęła się na krawędź stolika. Zastanawiała się, powoli i leniwie, czy jako szklane skorupy będzie coś czuła. Nie pamiętała swoich narodzin. Czy poczuje więc śmierć?

Kurz, jakby czytając w jej myślach, począł osiadać na podłodze, by choć minimalnie zamortyzować upadek. Imbryczka zauważyła to i przesunęła się w lewo. Teraz stała dokładnie nad złączeniem dwóch kafelkowych płyt. Nawet, jeśli Zwierzchnicy usłyszą trzask, gdy przyjdą, będzie już za późno.
I było za późno, ale w innym sensie. Jeden ze Zwierzchników właśnie wszedł do pokoju, chwycił Imbryczkę za uchwyt i wyniósł bez słowa. Wiatr spowodowany przejściem Zwierzchnika uniósł z podłogi kurz, który powrócił do swej obojętnej wędrówki przez powietrze.

Uratowana przez wątpliwości, Imbryczka stała teraz spokojnie na blacie kuchennym, a Zwierzchnik polewał ją wrzątkiem. Była potrzebna. Lubiła być do czegoś potrzebna, wiedzieć, że do kogoś przynależy i że bez niej nic by się nie udało.
W odbiciu glazury na dzióbku dostrzegła znajomą sylwetkę. Obróciła się w jej stronę. Zwierzchnik syknął jak wąż, parząc wodą uchwyt Imbryczki. Ale ona nawet nie drgnęła, przyzwyczajona do ukropu. Powitała uśmiechem stojącą naprzeciw niej filiżankę.
Filiżanka nazywała się Made In China, zgodnie z podpisem na jej denku. Powtarzała wciąż, że pochodzi z Japonii, a tam nazwisko pisało się przed imieniem. Wszyscy nazywali ją więc Chiną.
- Słyszę te twoje myśli, Imbryczko – zabrzęczała China. – Smutne to, ale gdyby nie było ciebie, zaparzyliby herbatę we mnie. Chociaż pewnie długo by to trwało, a ja nie lubię wrzątku, więc może lepiej, żebyś z nami została. Ja i tak mam zapewniony byt, tobie z dzióbka nie będą pić.
Po czym musiały się pożegnać, bo Zwierzchnik zabrał Chinę z blatu. Imbryczka znów została sama. Zapatrzyła się przed siebie, a para skraplała się na jej glazurowanej twarzy.

Poza Chiną Imbryczka nie miała znajomych. Rzadko spotykała sztućce, a z serwetami nie miała o czym rozmawiać. Co innego China – ona przyjaźniła się z każdym spodkiem i talerzykiem, znała cała kuchnię, a z każdym nowopoznanym rozmawiała od razu jak ze starym towarzyszem.
Kiedyś Imbryczka zazdrościła jej tego, ale później zrozumiała, że China po prostu miała taką rolę. Tak naprawdę, jej byt był o wiele mniej pewny, niż Imbryczki. Było mnóstwo nowszych, ładniejszych filiżanek, które mogłyby z powodzeniem zastąpić Chinę. Ona sama starała się być piękną i praktyczną ze wszystkich sił, by tylko przypodobać się Zwierzchnikom. Ale wystarczył zwyczajny pech, pęknięcie glazury czy szczerba na brzegu, i China mogła zostać... usunięta.

Usunięta jak wygięte sztućce albo kurz, gdy osiadł w zbyt widocznym miejscu. Właściwie, Imbryczka powinna być wdzięczna, że jest czajnikiem. Wdzięczna! A co próbuje zrobić? Roztłuc się. Nie doceniam tego, co dostałam od Losu, pomyślała. Los dał mi uchwyt i dzióbek, a ja nie chcę zrobić z nich użytku!

Imbryczka myślała, a herbata parzyła się powoli wewnątrz niej. W swoim życiu miała w gruncie rzeczy dużo swobody. W takich chwilach jak ta nikt jej nie obserwował, nie przenosił, nie absorbował. Mogła spokojnie słuchać ciszy albo patrzeć na kurz, unoszący się leniwie w powietrzu.

Kurz nie miał tak łatwo, jak by się mogło wydawać. Ale z drugiej strony, nie wiodło mu się najgorzej. Wprawdzie co chwila jakaś jego część zostawała usunięta, albo samoistnie wylatywała przez okno, ale zaraz inna część tworzyła się i dołączała do reszty. Świadomość zbiorowa kurzu, na którą składały się niewiarygodne ilości maleńkich umysłów, zdawała się w ogóle nie zauważać, że kilka milionów z nich zostało właśnie wciągniętych do odkurzacza. Bez emocji i uczuć, kurz po prostu istniał. Nie rodził się i nie umierał, tylko... składał. Był tworzony. Spał na wysokich półkach lub płynął w powietrzu. Z pokoju do pokoju i do Nieskończoności. Ale był przy tym wszystkim całkiem uczciwy. Czasami nawet pomagał, w miarę swoich możliwości. I z tego, co Imbryczka wiedziała, był jedynym mieszkańcem Domu, który nie miał żadnego pożytecznego zadania, nie był do niczego potrzebny, a mimo to tu był. Chociaż może to właśnie była jedna z Tajemnic.


2008-09-01, 15:08:10
skomentuj (3)




Wiatr IV/IV

Wiatr kończy się z czerwcem. Jutro wyjeżdżam na trzytygodniowe Tuczno, bez prądu i wody, za to z całą masą makriobiotyki. Życzę wszystkim udanych wakacji =) A kiedy wrócę, chętnam zobaczyć tu Komentarz w liczbie mnogiej, bardzo proszę.
-----

- Wiatr w oczach.
Nie. Nie chcę tracić sensu.
- Dlaczego tęsknimy do biedy, tułaczki i śmierci?
- Do tej krwi nieswojej, życia w marzeniach, w snach. Nie wiem.
- Czy jesteś już blisko?
- Coraz bliżej.
Boję się, że źdźbła trawy nie mają żadnego znaczenia...
- Podejdź.
- Nie. Idź stąd... Boję się ogromu i znikomości.
- Boisz się mojego dotyku?
- Że przestanę być.
- Kim?
Ogniem i wiatrem, i czernią, która udaje biel. Nikt nie da mi odpowiedzi. Trzeba samemu otworzyć usta.
- Chodź ze mną.
Jak napisać zakończenie, gdy baśń trwa? Czy bohaterowie żyją jeszcze?
- Mnie to nic nie obchodzi.
- A te twoje lekkie życie?
- Słowa jak wiatr, jak dusze? Nie ma się czym przejmować. Tylko kiedy granica się zaciera...
- I giną lasy...
- Nie rozśmieszaj mnie.
Co robić, gdy nie ma się sobie nic do powiedzenia?
- Ze wszystkich sił będę starał się ciebie dotknąć.
- Więc czemu się ode mnie oddalasz?
Nie ma zasad, naprawdę. Nie ma w ogóle gry.
- Tylko łzy w oczach, gdy nikt nie patrzy?

2008-06-27, 20:57:02
skomentuj (5)



..hand-made lay all by Janet .